Drelich... A właściwie może w Drelichów dwóch...


Tak, przeczytałem, a właściwie przesłuchałem obydwa tomy nowej serii Jakub Ćwiek. Dosłownie. opowiadające o przygodach zawodowego złodzieja o swojskim przezwisku lub nazwisku (nie do końca jest to jasne - ale skłaniałbym się do przenazwiska - bo to pewnie nie jego oryginalne nazwisko, ale coś, czym się posługuje) Drelich. Ma on też imię, ale raczej rzadko wspominane (jakby jednak ktoś chciał wiedzieć - to Marek).
Nie gustuję specjalnie w kryminałach, jednak tutaj było na tyle fajnie, że po zapoznaniu się z pierwszą częścią, sięgnąłem po drugą. I to nie tylko z racji sympatii do autora, który z wypowiedzi na FB jak i na spotkaniu autorskim wydaje się spoko gościem 🙂 Co mi się zatem tak bardzo podobało? Przede wszystkim obydwie pozycje sprawiają wrażenie bardzo realistycznych, popartych rzetelnym researchem materii, o której traktują. Nie udało mi się dopatrzeć skrótów czy uproszczeń, wszystko jest bardzo prawdziwe, zdecydowanie prawdopodobne. Nie wnikam jak autor tak dobrze spenetrował środowisko i metody działania półświatka przestępczego, czasem się chwali, że podczas badań do swoich książek znajduje się w dziwnych miejscach i rozmawia z dziwnymi ludźmi, pomiędzy wierszami można wyczytać, że nie zawsze z jasnej strony mocy. Efekt tego jest jednak nie tylko zadowalający - on jest wręcz zachwycający. Holiłód niech się chowa ze swoimi wybuchającymi od jednej kuli samochodami czy też bohaterami zbierającymi ciosy, z których każdy mógłby zabić, a oni się podnoszą i ostatkiem sił niszczą przeciwnika. Tutaj wszystko mamy na miejscu - no może z wyjątkiem jak na mój gust zbyt dużej dawki brazylijskiego ju-jitsu i tarzania się po ziemi, ale z drugiej strony nie mam doświadczenia w walkach ulicznych, więc może one istotnie kończą się "odcięciem" wskutek założonego duszenia, a nie pojedynczym, dobrze wymierzonym "strzałem" eliminującym przeciwnika. Ale to już pewnie moje skrzywienie i wiara w "todome-waza" pochodzące z japońskich sztuk walki.
Bardzo ciekawym w przypadku obydwu książek jest styl, w jakim zostały napisane, a tak naprawdę szczegółowość opisów. Ktoś kiedyś mi powiedział, że robiąc opis postaci czy jakiejś akcji nie powinienem "dawać na tacy" dokładnego opisu, co i jak się dzieje. Wystarczy powiedzieć, że ktoś założył spodnie, nie trzeba doszczegóławiać jakiego kroju i koloru były to dżinsy czy też jaki obrazek jest na tylnej lewej kieszeni. Otóż Jakub Ćwiek zdecydowanie tą zasadą się nie kierował... Czy przez to książka staje się nudna czy epatująca opisami. No właśnie cała magia w tym, że wręcz przeciwnie. Ten sposób pisania genialnie wręcz buduje klimat i głównego bohatera - niemal genialnego analityka, budującego miliony planów i analizującego potencjalne konsekwencje wraz z przygotowaniem określonych działań na każdy scenariusz. Szczególarza, który w zimny do bólu sposób analizuje sytuację i jej konsekwencje - a sposób napisania powieści w każdym zdaniu to podkreśla. Super zabieg.
Czy jednak mamy tutaj tylko tytułowego Drelicha? No właśnie nie... Mamy cały zestaw postaci, z których każda ma swój charakter i własne motywacje, słabości jak i silne strony. Począwszy od byłej żony złodzieja, poprzez jego współpracowników, postacie negatywne, na bramiarzach stanowiących tło - każdy z nich jest "jakiś", pasujący do swojej roli, nie-celofanowy. A przede wszystkim wiarygodny.
No dobra - ale ile można chwalić? Czy można do czegoś się przyczepić? No cóż... Jak wspominałem nie gustuję specjalnie w kryminałach, więc pewnie znawcą nie jestem. Podejrzewam, że jakbym więcej tego rodzaju historii przeczytał, mógłbym coś znaleźć. Jako że nie przeczytałem, to pomimo znacznego wytężania umysłu, nie umiem znaleźć słabych stron, ani jednej, ani drugiej książki. Jedyne, do czego mógłbym się może przyczepić to dość szablonowe podejście do sequelów - czyli że drugi tom musi być mocniejszy, niż pierwszy. Więcej krwi, zabijania (zwłaszcza bezsensownego) wpisuje się w standardowe podejście do "drugiej części", gdzie musi być więcej, mocniej, bardziej szokująco.
Z drugiej strony jednak temat, jakiego autor się podjął w najnowszym Drelichu jest zdecydowanie wymagający mocniejszych nerwów. Podczas bowiem gdy w pierwszej mieliśmy raczej porachunki gangsterskie, czyli również półświatek, to jednak poparty jakimiś sensownymi (czy chociaż zrozumiałymi) motywami, tak w drugim tomie nasz złodziej styka się z sektą. Innymi słowy wchodzimy nie tylko na tereny związane z wiarą, ale przede wszystkim w obszary pewnego rodzaju szaleństwa, do tego jeszcze ubogaconego bardzo złożonymi metodami manipulacji człowiekiem. A to, że się na tym nie poślizgnął i nie wykopyrtnął zasługuje na duży szacunek.
Jako że nie potrafię się naprawdę przyczepić do niczego, to trochę pokadzę jeszcze - bo jest jeszcze jeden element, który mnie w tych pozycjach zachwycił. Jest nim nie tyle przesłanie, co pokazanie czytelnikowi rzeczy, o których on może na co dzień nie słyszy, ale które dzieją się dookoła nas. W pierwszej części mamy przemoc domową, ale nie w takim podstawowym, najbardziej szablonowym wydaniu. Mamy uzależnienie ekonomiczne, pozbawione co prawda elementów fizycznych (choć też do czasu), ale w bardzo metodyczny sposób niszczące jedną z bohaterek. W drugim mamy sektę, najpierw precyzyjnie selekcjonująca swoje przyszłe ofiary, pompującą je miłością, a w końcu odcinającą od bliskich, czasem w bardzo drastyczny sposób. Wreszcie bezwzględnie wykorzystującą, a tutaj jeszcze do tego na bazie nie tyle chęci uzyskania korzyści materialnych, co z czystego szaleństwa.
Co mogę powiedzieć ogólnie - chyba niewiele więcej niż że zdecydowanie polecam. Zarówno pierwszego Drelicha, jak i drugiego, no i czekam na obiecywanego trzeciego.
Jedyne, co miałbym nadzieję, to że do tego czasu aplikacja wydawnictwa PulpBooks zacznie wreszcie pamiętać, gdzie skończyłem słuchać - obecnie bowiem robi to w bardziej lub mniej losowy sposób, co powoduje, że wielokrotnie musiałem szukać rozdziału, na którym skończyłem. Ale liczę, że to tylko problemu wieku niemowlęcego - zwłaszcza, że lektor jest re-we-la-cyjny