Wszyscy piszą o nowych przygodach archeologa - napiszę i ja... Choć dorzucę tutaj jeszcze super-hiper-mega-agenta oraz jeszcze-bardziej-super-pilota 🙂
Dlaczego tych dwóch aktorów wcielających się bądź co bądź w trzy kultowe role? No bo mamy swego rodzaju "pojedynek" nie korzystającego z kaskaderów sześćdziesięciolatka oraz komputerowo odmłodzonego (przynajmniej przez część filmu) osiemdziesięciolatka nawiązujących do postaci, które, jakby nie patrzeć, zyskały miano kultowych. Któż bowiem (w odpowiednim wieku) nie zna Indiana Jonesa, Ethana Hunta czy (nadal) kapitana Pete "Maverick" Mitchella?
Postanowiłem zestawić te filmy właśnie głównie z uwagi na ich główny target - osoby, które (jak również ja) za młodu miotały się pomiędzy wstąpieniem do Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie a wyjechaniem na wykopaliska z nadzieją znalezienia czegoś więcej niż dwóch starych, połamanych skorup, które po dokładniejszej analizie okazałyby się kawałkiem garnka wyrzuconego na cmentarz historii zaledwie dwadzieścia czy trzydzieści lat temu przez rolnika z oddalonej o 5km wsi. Specjalista od niemożliwych misji może i tutaj jest "najmłodszy" (pierwszy film z serii MI wyszedł bowiem "zaledwie" 27 lat temu - dla porównania pierwsze przygody archeologa mogliśmy zobaczyć aż 41 lat temu, a młodziutkiego pilota uczącego się tajników walki kołowej 37 lat temu), jednak zaowocował zdecydowanie największą liczbą bardziej lub mniej udanych swoich wcieleń (długowłosy Cruise z MI2 to jednak była porażka).
Jak najnowsze "wcielenia" poradziły sobie z ich wcześniejszymi pierwowzorami?
Zacznijmy może od filmu nestora tej cokolwiek nietypowej rodzinki - Henry Jones Juniora, potocznie zwanego zresztą Indianą (ponoć po psie). Seria składa się obecnie z 5 filmów, zapoczątkowanych "Poszukiwaczami Zaginionej Arki", poprzez najmniej chyba znaną "Świątynię Zagłady", najlepszą w mojej ocenie "Ostatnią Krucjatę" i podwójną próbę reanimacji (jak i znalezienie następcy dla dra Jonesa) "Kryształową Czaszkę" no i "Artefakt przeznaczenia".
Skupiając się na ostatnim przyznam rację wielu recenzjom, że udało się uzyskać efekt zdecydowanie lepszy niż w "Kryształowej Czaszce", choć żeby to było prawdziwie godne pożegnanie Harrisona Forda z rolą to powiedzieć nie mogę. Na co głównie cierpi "Artefakt"? Ano na tym, że na stołku reżyserskim zabrakło Stevena Spielberga. I, podczas gdy scenariusz "Artefaktu Przeznaczenia" jest (nieco) lepszy niż w przypadku "Kryształowej Czaszki", tak reżyseria kładzie film - brakuje tego specyficznego dla pozostałych przygód archeologa humoru, niektóre sceny pościgów (!) są po prostu zbyt długie, a elementy mające je chyba nieco rozładować po prostu grubo ciosane. Dobrze, że przynajmniej muzyka pozostała Mistrza Johna Williamsa - choć tutaj to również w pewnym stopniu smutna wiadomość, gdyż ten kompozytor znany z ponad setki filmów, ogłosił przejście na emeryturę. Z drugiej strony facet ma ponad dziewięćdziesiąt lat - więc chyba zasługuje 🙂
Mamy więc nieśmiertelny, łatwo rozpoznawalny temat zapoczątkowany jeszcze w 1981 roku, raczej przearanżowany aniżeli rozwinięty. Do tego mamy nowoczesne efekty, robiące wrażenie głównie w kontekście odmładzania Harrisona Forda jak i kilku innych aktorów. Tak, wiem, to nie jest pierwszy film, gdzie to zastosowano - w gruncie rzeczy sama technologia została już wykorzystana w 1994 (czyli jeszcze przed pierwszym MI), w filmie "Kruk", gdzie główny aktor, Brandon Lee (tak, z "tych" Lee) zmarł tragicznie na kilka dni przed ukończeniem zdjęć. Zresztą podobna sytuacja pojawiła się na planie "Gladiatora" (2000), gdzie trzeba było sztucznie stworzyć niektóre sceny ze zmarłym na atak serce Oliverem Reedem. No i oczywiście na w "Szybkich i Wściekłych 7" gdzie efekty odpowiadały za niektóre sceny Paula Walkera. Później (2016 i 2019) mieliśmy młodą księżniczkę Leię w "Łotrze 1" oraz ponownie wypełnianie luki po zmarłej Carrie Fisher w "Skywalker: Odrodzenie".
W najnowszym Indiana Jones trzeba przyznać, że technologia poszła nie tyle o krok, co rok świetlny (parsek? nawiązując do innej roli Forda?) do przodu. Naprawdę długa sekwencja scen z młodym Harrisonem Fordem jest przekonywująca i nie można nic zarzucić zastosowanemu efektowi. Potęga "deep learning", który tu został wykorzystany nie poszła na marne - szkoda jedynie, że podobnych peanów nie można wygłaszać o innych efektach - w szczególności postaciach biegnących po dachu pociągu wyglądających jak z gry komputerowej wydanej może nie w czasach "Arki", ale pewnie "Kryształowej Czaszki" (2008).
Jak powyższe się ma do "następnego w kolejności" jeśli chodzi o premierę protoplasty "Top Gun: Maverick". No cóż, tutaj porównania mamy tylko do jednego filmu, a scenariusz mógłby swobodnie uchodzić za współczesny remake oryginału. Zresztą sama sekwencja tytułowa to sugeruje - odtworzenie w "golden hour" pracy na lotniskowcu (nota bene niepowiązanej kompletnie z późniejszą historią), nie starzejący się motyw Harolda Feltemayera (który nie zbudował może aż tylu motywów, co wcześniej wspominany, to jednak zarówno Top Gun, jak i Axel F. z "Gliniarza z Beverly Hills" zapewniły mu miejsce w historii), a jednocześnie zastąpienie F-14 z pierwszej części F-22 oraz F/A-18 w drugiej robi niesamowity klimat. Jeśli dołożymy do tego niewymagającą grę aktorską, rewelacyjną muzykę stworzoną do najnowszej części przez Mistrza Hansa Zimmera oraz kosmiczne wręcz zdjęcia - mamy film, który bardzo dobrze "odgrzewa" emocje wśród tych, co pamiętają oryginalnego Top Gun'a, jak i pozwala na delektowanie się filmem przez młodsze pokolenie.
A MI:7? No cóż, przyznam się szczerze, że uczucia tutaj były mieszane, ale nie ze względu na sam film. Oczywiście, fabuła iście bondowska, mało realna zwłaszcza w warstwie informatycznej i napakowanie akcją. Dlaczego wobec tego mieszane uczucia? Bo naprawdę chciałem, aby Indiana Jones był lepszy - a nie był... W MI:7 mamy podobnie emocjonujące pościgi czy sceny akcji, ale w odróżnieniu od "Artefaktu" tutaj one się nie dłużą, a "przerywniki humorystyczne" nie powodują wykrzywienia twarzy w całkiem odmiennej emocji niż śmiech. Owszem, były ze dwa czy trzy momenty "przegadane", ale to mniej niż w przypadku ostatniej odsłony dra Jonesa. No i do tego muzyka. Jak wspominałem, w przypadku Indiana Jonesa mieliśmy nowe aranżacje oryginalnego motywu, a tutaj mamy prawdziwą ewolucję... Mnie czołówka wręcz wcisnęła w fotel i banan zawędrował na usta. Widać, że Lorne Balfe w pełni wyszedł z cienia Hansa Zimmera i wie, co robi...
Czas na podsumowanie (o ile ktokolwiek dotarł do tego momentu - wpis się bowiem "nieco" wydłużył 🙂 ).
Jak wspominałem, sercem najbliżej byłem Indiany Jonesa - marzyłem sobie sukces podobny, jak w przypadku "Ostatniej Krucjaty". Zabrakło jednak i Spielberga, jak i pewnie Seana Connery - pozostał Harrison Ford i... Harrison Ford, jako jedyny prawdziwy atut tej produkcji. Nawet pojawienie się Johna Rhysa Davisa czy Antonio Banderasa nie pomogły i postawiły tę produkcję jednak na trzecim miejscu wśród opisywanych.
Drugie miejsce przyznałbym MI:7 - głównie za to, że reżyser tak nie schrzanił, jak w przypadku Indiany. No, może schrzanił to ciut mocne określenie, jednak biorąc pod uwagę moje przywiązanie do serii o archeologu inne mi do głowy nie przychodzi. No i muzyka - choć tutaj raczej mógłbym wyróżnić pana Balfe, aniżeli w jakikolwiek sposób umniejszyć twórczość Johna Williamsa.
No i pierwsze to jednak Top Gun. Choć nie wiem, czy nie dlatego, że miał nieco prościej. Skalkował (ale z głową) fabułę, zapewnił odpowiednią ilość elementów sentymentalnych (mało kto wie, ale postać grana przez Jennifer Connelly również ma odniesienie w oryginalnym Top Gun - w wymienianiu "osiągnięć" młodego porucznika Mitchella: "a history of high-speed passes over five air control towers and one admiral's daughter!") no i dostarczył rewelacyjnych zdjęcia lotnicze. Dostał kilka nominacji do Oskara (nie wszystkie uważam, że słusznie), nie dostał żadnego, a powinien za zdjęcia 🙂
Niezależnie jednak od podium - uważam, że cała trójka to obowiązek dla wszystkich, którzy pamiętają jeszcze kino lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Z pewnością dostarczą one nieporównywalnie więcej radości, aniżeli wiele innych, próbujących żerować na sentymencie produkcji (jak chociażby nowe wcielenie "White Men Can't Jump" - z drugiej strony próba odtworzenia Snipesa i Harrelsona była od początku skazana na niepowodzenie - to tak, jakby w kostium Batmana ubrać wampira - a nie, wróć, tego chyba też już próbowano).