DOCUMENT_ID // Architekt kontra odkrywca: Jak zaplanować (lub nie) sukces książki?

Czy można pisać książkę bez gotowego scenariusza? Po latach skrupulatnego planowania w stylu Tolkiena, tym razem postawiłem na metodę "agile" i spontaniczność Sapkowskiego. Wynik tego literackiego eksperymentu mocno mnie zaskoczył.

Architekt kontra odkrywca: Jak zaplanować (lub nie) sukces książki?

Kiedyś usłyszałem, że w dziedzinie tworzenia historii i sposobu jej planowania możemy posłużyć się skalą, na której jednym końcu będzie J.R.R. Tolkien, na drugim zaś Andrzej Sapkowski. Dwóch mistrzów fantasy, którzy jednak do stworzenia historii korzystali z całkowicie innego podejścia.

Brytyjski pisarz na dobrą sprawę rozpoczął od szczegółowego stworzenia narzecza elfów, posiadającego wszystkie cechy samodzielnego języka (znajomość, lepsza czy gorsza, ale 30 języków, w tym nordyckiego, staroislandzkiego czy starorlandzkiego pewnie wydatnie tutaj pomogła), a dopiero później wziął się za powieści, które zresztą były wierne drobiazgowo opracowanemu światowi i jego ciągnącej się przez eony historii (której przynajmniej część możemy poznać dzięki Silmarillion).

Nasz słynny rodak, twórca znanej już chyba na całym świecie postaci Wiedźmina (choć, ku niezadowoleniu samego twórcy, niekoniecznie z książek - przytaczając tutaj chociażby słynną anegdotę, jak ktoś zapytał kiedyś Sapkowskiego, czy to on stworzył książki na podstawie gry) podchodził do sprawy zdecydowanie odmiennie. Pierwsza przygoda zabójcy potworów (i ludzi czasem też - po to przecież dwa miecze) była napisanym na konkurs opowiadaniem, tworzonym w sposób dość swobodny (w informatyce teraz to też jest modne i nazywa się Agile - zresztą to słowo już chyba wszędzie jest modne - jednak to zupełnie inny temat 😏). Konsekwencją tego podejścia był fakt, że w kolejnych utworach dziejących się na Kontynencie (choć nazwa pochodzi z gry - sam autor z tego co wiem nigdy swojego świata nie nazwał) pisarz musiał się dość mocno "gimnastykować", aby zachować spójność i logikę (a jak się nie udawało - zawsze pozostawała magia).

Pisząc Kontroler jak i Banita wydaje mi się, że sposób tworzenia opowieści zdecydowanie był krańcowi skali reprezentowanemu przez Tolkiena. Co prawda nie opracowałem języka Świata Centralnego, niemniej jednak zarówno dwa opublikowane tomy, jak i finał opowieści mają swój scenariusz, którego staram się trzymać, a jeśli modyfikuję, to bardzo dokładnie analizuję konsekwencje logiczne dla poszczególnych wątków. Taką modyfikacją jest na przykład cały wątek bliskowschodni w Banicie - chciałem wprowadzić więcej akcji szpiegowskiej i tak powstał ten nurt historii, który zresztą w dość znaczący sposób łączy się z pozostałymi na samym końcu drugiego tomu. Oczywiście nie będę zdradzał, jaki wpływ będzie on miał na historię tomu finałowego, ale mogę wszystkich zapewnić, że tam na pierwszy plan wysunie się ponownie coś, co wcześniej było jedynie mgliście zaznaczone.

Z kolei w przypadku nowej powieści, której fragmenty wcześniej cytowałem, postanowiłem z premedytacją pójść drogą bardziej zbliżoną Sapkowskiemu. Nie oznacza to, że piszę fantasy - na to pewnie przyjdzie pora, jednak dziejąca się w kosmosie, na pokładzie okrętu wojennego historia nie ma z góry ustalonego i zdefiniowanego scenariusza. Początkowo nawet chciałem ją pisać całkowicie agile'owo, jednak chęć zachowania konsekwencji oraz realizmu wymusiła dość szczegółowe zaprojektowanie samego okrętu czy przygotowanie sobie spisu załogi, wraz z ich funkcjami, stopniami wojskowymi czy nawet poszczególnymi wachtami. Niemniej jednak sama historia ma jedynie ogólne założenia, ale "tworzy się" na bieżąco.

Który sposób jest lepszy? Nie znam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie... Seria Kula Światów dzięki swojemu dokładnemu zaplanowaniu była szybsza w pisaniu - Kontroler powstał w 3 miesiące (mam na myśli czas na napisanie + wstępną, własną korektę), na Banitę potrzebowałem tylko trochę więcej czasu.

Nowa powieść idzie mi zdecydowanie wolniej - głównie z uwagi na konieczność wielokrotnego powracania do wcześniejszych wątków i dokonywania korekt, jakich wymagają nowe pomysły na rozwój historii. Z drugiej strony zauważyłem, że pisząc "bez planu" mogę się bardziej skupić na bohaterach, a nie na zgodności historii z jej konspektem. Kto wie, może to spowodowuje, że nowa powieść nie będzie stanowiła "reportażu", o czym niektórzy z recenzentów Kontrolera czy Banity wspominają. Pytanie jednak, czy uda się mimo wszystko zachować spójność - oczywiście robię wszystko, aby tak było, ale ostateczna ocena należeć będzie do czytelników

Autor wpisu

O AUTORZE

Autor thrillerów z elementami science-fiction oraz powieści z nurtu military hard SF. Na blogu analizuje punkty styku technologii, współczesnej obronności i warsztatu literackiego, stawiając na realizm operacyjny i logikę w każdym aspekcie twórczości.