DOCUMENT_ID // Miała być fantastyka, wyszedł majstersztyk: Moja „nauczka” z Marcinem Mortką.

Złożona intryga, krnąbrny kapitan i realizm morskich bitew. Marcin Mortka serwuje wyśmienitą powieść historyczno-awanturniczą, od której trudno się oderwać. To lektura obowiązkowa dla fanów mocnych wrażeń!

Miała być fantastyka, wyszedł majstersztyk: Moja „nauczka” z Marcinem Mortką.

Czy mogę powiedzieć, że "mam nauczkę", aby nie czytać recenzji książek jedynie "po łebkach"? I tak i nie...

Ano tak, bo sięgnąłem po "Listy lorda Bathursta" na podstawie zaledwie jednego, nieco wyrwanego z kontekstu zdania z oficjalnej recenzji książki pokazywanej na lubimyczytac.pl mówiącego: Marcin Mortka to jeden z moich ulubionych krajowych pisarzy, zwłaszcza kiedy łączy powieść historyczną z fantastyką.

Ano nie, bo jak się okazało książka z fantastyką ma niewiele, aby nie powiedzieć nic wspólnego, a i tak bawiłem się świetnie. Choć pewnie jakbym przeczytał całą recenzję, możliwe, że nie skusiłbym się zakupić audiobooka - choć z drugiej strony mamy czytającego Mistrza Gosztyłę, więc...

Ale do rzeczy. Zamiast fantastyki mamy marynistykę (niby i jedno io drugie to -"tyka", ale się jednak różnią) i do tego w wydaniu historyczno-awanturniczym. Nie znam tego gatunku za dobrze, nie wiem, czy wszystkie/większość powieści o tej tematyce charakteryzuje się tak złożoną, a jednocześnie świetną fabułą, w przypadku "Listów..." tak z pewnością jest. Intryga jest trudna (przynajmniej dla mnie) to rozgryzienia samodzielnie, wielowątkowa, historia obfituje w ciekawe, a czasem nawet nieoczekiwane zwroty akcji.

Mamy dowodzony przez dość krnąbrnego kapitana okręt, na którym niemal każdy oficer jest szantażowany lub przekupiony czymś przez tytułowego lorda. Mamy cywilnego strażnika pilnującego, aby zawiły plan szedł zgodnie z założeniami. Mamy wreszcie załogę, w której każdy marynarz jest nieco inny i napędzany innymi motywacjami, nawet pomimo tego, że wszyscy pochodzą z podobnego środowiska. Jeśli zaś przy bohaterach jesteśmy - tutaj czapki (kapelusze, jakby bardziej pasowało do epoki wojen napoleońskich, w trakcie których dzieje się powieść) z głów. Poszczególne postacie interesująco są zarysowane, miejscami może i szablonowe, ale tych szablonów jest wystarczająco dużo, aby nie były one nudne. Na szacunek zasługuje również zwrócenie uwagi przez autora na różnice kulturowe poszczególnych nacji - mamy przesadnie grzecznych w słowach (choć już nie do końca w czynach) Anglików, dość bezwzględnych, lecz nie pozbawionych pewnego szyku i klasy francuskich korsarzy czy też szczerych do bólu "serojadów". Jednocześnie słownictwo, jakim operują poszczególni członkowie załogi nie jest różnicowane wyłącznie krajem pochodzenia, ale również sferą, w jakiej się wychowali. Buduje to naprawdę niesamowity klimat, który czujemy praktycznie na każdej stronie.

Równie ważnym dla mnie jest dokładność czy realizm powieści. Jak wiecie zwracam na to uwagę zarówno w książkach, które czytam, jak i staram się tego trzymać w tych pisanych przeze mnie. Tutaj powieść Mortki stoi na wystarczająco wysokim poziomie, abym nie potrafił się do czegokolwiek przyczepić - choć przyznam się szczerze, że poświęciłem trochę czasu, aby poczytać i poszperać w odmętach Internetu na temat strategii czy taktyk wojen morskich z tego okresu.

Podsumowując - nie umiem powiedzieć nic złego na temat "Listów...". Naprawdę rewelacyjna pozycja, nawet jeśli nie jesteście fanami tego gatunku... Ja już kupiłem "Pas Imlarinena" tego samego autora, ale, co również ważne, czytany również przez Krzysztofa Gosztyłę..

Autor wpisu

O AUTORZE

Autor thrillerów z elementami science-fiction oraz powieści z nurtu military hard SF. Na blogu analizuje punkty styku technologii, współczesnej obronności i warsztatu literackiego, stawiając na realizm operacyjny i logikę w każdym aspekcie twórczości.