Zgodnie z poprzednią deklaracją sięgnąłem po następną pozycję Marcin Mortka - Official Fanpage - "Pas Imla...", "Pas Silmariliona", "Pas Ilmaliriena", "Pas Himleriliona"... czy coś w ten deseń przynajmniej. Tak - właściciel tytułowego pasa jest trudny do zapamiętania czy wypowiedzenia, ale to jeszcze nic, bo w samej powieści pojawiają się niejednokrotnie fińskie nazwiska czy zwroty po szwedzku - i tutaj właśnie jest czas, aby docenić (choć nie wiem, czy da się jeszcze bardziej) lektora, który mi "Pas Ilmarinena" przeczytał. Jego Ekscelencja Mistrz Krzysztof Gosztyła ponownie stanął na wysokości zadania i wprost rewelacyjnie zinterpretował powieść, jak i ani razu nie pomylił się w trudnych do wypowiedzenia słowach czy nazwach z języka Świętego Mikołaja.
Recenzja jednak powinna traktować o powieści, aniżeli o peanach na cześć czytającego - skupię się wobec tego na tym. Do sięgnięcia po "Pas..." (celowo będę używał tej formy skróconej, bo jak zauważyłem literówkę popełniłem nawet w poprzednim poście, gdzie wspominałem, że powieść kupiłem) zachęciła mnie poprzednia powieść Mortki, "Listy Lorda Barthursta". Tam, pomimo wcześniejszych założeń, nie znalazłem fantastyki, za to naprawdę przemyślaną i złożoną intrygę okraszoną bardzo dobrym przygotowaniem merytorycznym jak i lekkim językiem.
Co udało się przenieść do "Pasa..."? Z pewnością pojawiła się fantastyka, choć raczej w swym magicznym i zbliżonym do fantasy wydaniu (tak, wolę scifi 🙂 ). Pozostało bardzo dobre przygotowanie merytoryczne oraz naprawdę piękny język opowieści - choć tutaj liczenie czasu uderzeniami serca jest na mój gust zbyt częste. Nie żeby to było złe - określenie "uderzenie serca później" jest naprawdę świetne i nie wiem, czy nie skradnę go do swoich powieści - ale zastępowania każdego "chwilę później" czy "dwie chwile później" tym samym określeniem tak jakby odziera go z pewnej magii, jaką zyskuje za pierwszym użyciem.
Autor również nie zawiódł w dziedzinie budowy klimatu powieści - bohaterowie zachowują się tak, jak powinni, biorąc pod uwagę zarówno ich narodowość, pochodzenie czy czas, w którym opowieść się rozgrywa. Nawet początkowo kłujące mnie w uszy określenie "Czarna Zmora" po przemyśleniu uważam za fajny archaizm, jak najbardziej pasujący do okresu II Wojny Światowej, kiedy to Dżumę nazywano Czarną Śmiercią, a poprzedni konflikt - Wielką Wojną. Jedyne, co mnie razi to nazwanie tajemniczego klubu dżentelmenów "Biblioteką" - naprawdę trzeba było się uciec do kalki z serialu? Nawet w przypadku ekranizacji Noah Wyle nie pasuje mi na Michaela 🙂
Postacie narysowane są interesująco, może trochę sztampowo, odróżniają się jednak od siebie i da się je lubić. Nie wolno zapomnieć o krótkich wstawkach humorystycznych - jest ich nie za dużo, nie za mało i (przynajmniej u mnie) przywoływały uśmiech na usta.
Dobrze zrobiony wątek miłosny - wyłącznie lekko zarysowany, przez co realistyczny. Kolejna rzecz, nad której "ściągnięciem" się zastanawiam są swego rodzaju "przebitki" właśnie z historii Michaela i Penelopy. Pozostając niejako w tym temacie - scena gwałtu według mnie była zbędna. Coś tak scena Anakina Skywalkera w Akademii Jedi otwierającego miecz przed dziećmi. Pominięcie jej lub jedynie pozostawienie w niedopowiedzeniu nie ujęłoby historii.
Trochę się zawiodłem na fabule. Po "Listach..." spodziewałem się czegoś bardziej złożonego, a mamy tutaj dość powtarzalną i prostą historię, którą niemniej jednak dobrze się czyta. Zakończenie również mnie przynajmniej zawiodło - spodziewałem się raczej czegoś dużo bardziej monumentalnego, ewentualnie plot-twist'a który wprawi mnie w zdumienie. Niestety, nic takiego się nie pojawiło (a wręcz pojawiło się coś, co mi się nie podobało, ale ponieważ staram się nie spoilerować, to nie powiem, co to było).
Podsumowując - fajna pozycja dla kogoś, kto lubi fantasy czy fantastykę związaną z magią, okultyzmem czy siłami nadprzyrodzonymi, ale osadzoną w dobrze przedstawionej rzeczywistości historycznej. Do tego książka dość lekka, autor pomimo przygotowania merytorycznego nie przesadza z trzystronicowymi opisami lądowania konkretnego typu śmigłowca (ci z Was, co czytali Kontrolera, lub przynajmniej dedykację na pierwszej stronie, wiedzą do kogo piję 🙂 ) czy szczegółowymi opisami scen batalistycznych i użytej broni, co mnie (i kilku innym autorom z Warbook) się zdarza. Trochę szkoda, że fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, a zakończenie dość banalne (a Epilog je niestety tylko pogarsza). Mimo wszystko według mnie warto sięgnąć - ja przynajmniej nie żałuję.