"Dzieje się" na Bliskim Wschodzie. Pytania, jakie pewnie nasuwają się wielu z Was to czy wypadek śmigłowca z prezydentem Iranu istotnie za nieszczęśliwy zbieg okoliczności powinien być uważany? Czy fakt, że Najwyższy Przywódca już dziś przekazał dotychczas domniemanemu swojemu następcy stery Kraju to szybka reakcja na wydarzenia, czy może coś wcześniej przewidzianego i zaplanowanego?
W Banicie opisywałem podobne zmiany - z nieco innego punktu widzenia, z pewnością również motywowane zupełnie innymi powodami. Jak jest w naszej rzeczywistości pewnie nigdy się nie dowiemy - czy jednak scenariusz, który opisuję może być realistyczny? Oceńcie sami:
– W obecnej chwili z bazy lotniczej Naliya w prowincji Gudżarat w Indiach startuje grupa uderzeniowa, złożona z sześciu samolotów wielozadaniowych F-35A. Dwa z nich, wyposażone w sprzęt do walki elektronicznej, jako pierwsze dokonają ataku na systemy obrony przeciwlotniczej wroga. Pozostałe cztery, posiadające na pokładzie rakiety powietrze–ziemia oraz powietrze–powietrze, stanowią podstawowe siły uderzeniowe. Atak na konwój powinien nastąpić… – Tsurreya spojrzał na drogi zegarek zdobiący jego nadgarstek – …za około czterdzieści pięć minut.
Ciszę, jaka panowała podczas wykładu pułkownika, przerwała Alya.
– Czy mamy potwierdzenie, że w konwoju rzeczywiście jest Asani?
Tsurreya lekko zmrużył oczy. Podobnie jak dziewczyna doskonale wiedział, że akcja została przygotowana naprędce, a rozpoznanie opiera się wyłącznie na agentach, którzy potwierdzili obecność irańskiego pułkownika w miejscu noclegu członków pokazywanego w tej chwili na ekranie konwoju.
– Informacje o pułkowniku pochodzą od naszych informatorów w Czabaharze. Jak do tej pory przekazywane przez nich dane były wiarygodne, więc możemy również tym razem przyjąć, że tak jest.
Na potwierdzenie swoich słów wyświetlił na holoekranie wykonane telefonem komórkowym zdjęcia, na których przy samochodach widać było Asaniego w towarzystwie kilku ochroniarzy.
– Ujęcia, które widzimy, zostały wykonane około godziny temu, kiedy konwój szykował się do odjazdu.
– Czyli nie mamy jednoznacznego potwierdzenia ani wiedzy, w którym konkretnie pojeździe znajduje się cel? – Alya nie ustępowała.
– Rozkazy, które otrzymali piloci już w powietrzu, mówią o zniszczeniu wszystkich pojazdów – odparował Tsurreya. Mówił spokojnie, można było jednak wyczuć w jego głosie nutkę irytacji.
– W przypadku celu o tak wysokiej wartości można podjąć ryzyko – do rozmowy włączył się wysoki mężczyzna z insygniami generalskimi na pagonach.
Alya otworzyła usta, aby coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała. Zrozumiała, że decyzja została podjęta, a rozkaz wykonawczy, podpisany przez ministra obrony, skutecznie uniemożliwia jej jakąkolwiek interwencję.
– Doceniam troskę Mossadu, jednakże przypominam pani, że operacja jest prowadzona przez wywiad wojskowy. Pani rola ogranicza się wyłącznie do obserwacji, a zgłoszone obiekcje zostały wzięte pod uwagę – skwitował Tsurreya.
Alya skinęła głową. Wyjęła smartfon i napisała krótką wiadomość do Idana: „Operacja w toku. Nie mogę nic więcej zrobić”. Po chwili aparat zawibrował, gdy attaché kulturalny ambasady w Ammanie odpowiedział: „OK, będę interweniował wyżej”. Poinformowała Zuckmanna, że ma jedynie trzydzieści minut, schowała urządzenie i ponownie zwróciła wzrok na wyświetlany w pokoju sytuacyjnym obraz.
Schematyczna mapa pokazywała pozycję konwoju, mknącego z dużą prędkością drogą numer 95 w głąb kraju, oraz eskadrę samolotów znajdujących się już nad wodami Zatoki Osmańskiej. Po przekroczeniu niewidzialnej linii na wysokości granicy irańsko-pakistańskiej odrzutowce zmieniły kurs, kierując się na punkt przechwycenia celu, wyznaczony na odludnym odcinku drogi, pomiędzy miejscowościami Dambdaf i Nok Bandan. Trasa biegła, co prawda, w górach, jednak grupa uderzeniowa powinna dotrzeć do konwoju jeszcze przed wjechaniem w wąskie kaniony. Prezentowane przy znaczniku liczby oznaczające wysokość lotu zaczęły szybko się zmniejszać. Chwilę później znacznik podwoił się, pokazując teraz dwie eskadry samolotów – jedną złożoną z czterech odrzutowców, uzbrojonych w rakiety powietrze–ziemia AGM-179 JAGM oraz powietrze–powietrze Sidewinder 9X Block II, i drugą, w skład której wchodziły dwie maszyny wyposażone w aparaturę do walki elektronicznej, mającą oślepić radary i systemy obrony przeciwlotniczej przeciwnika.
Konwój z prędkością grubo przekraczającą sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę pędził dwupasmową drogą na północ.
– Czy figurant jest już na miejscu? – zapytał major w zielonym mundurze.
– Tak, od wczoraj przebywa w miejscowości Sangan. Nasłuch, jaki prowadzimy, wskazuje na to, że wywiad Sił Ghods przekazał tę informację Asaniemu dzisiaj, jakieś dwie godziny temu. – Widać było, że Tsurreya czekał na to pytanie.
Alya skrzywiła się, gdy zrozumiała, że było to typowe zagranie „pod publikę”. Najwyraźniej major, teraz nieco zbyt ostentacyjnie z aprobatą kiwający głową, współpracował z pułkownikiem. Telefon dziewczyny ponownie zawibrował. Przyszła wiadomość od Idana: „Premier odciął się od operacji. Nie mamy żadnej możliwości nacisku. Miejmy nadzieję, że Tsurreya wie, co robi”.
Alya nie odpisała. Zdawała sobie sprawę, że to, co się teraz dzieje, ma drugie dno. Izraelowi tylko wydaje się, że realizuje swój plan, w rzeczywistości jednak obecne działania były częścią większej układanki, której pełnego obrazu ani Aman, ani Mossad nie znają. Ona była jedyną osobą w pokoju, która rozumiała swoją prawdziwą rolę w tym przestawieniu.
– Eskadra Łowców za trzy minuty wejdzie w zasięg rakiet. Jak do tej pory brak kontaktu z wrogiem – relacjonował wydarzenia na ekranie wyraźnie podekscytowany Tsurreya.
– Po raz ostatni, w imieniu Mossadu, chciałabym zgłosić wniosek o przerwanie operacji z uwagi na zbyt pobieżne przygotowanie i brak jednoznacznego potwierdzenia tego, czy cel jest w konwoju – rzuciła Alya.
Pułkownik spojrzał na nią z ukosa.
– Pani wniosek został odnotowany. Operacja będzie kontynuowana – odparł.
Po chwili z głośników dobiegł wszystkich obecnych głos dowódcy grupy uderzeniowej.
– Łowca Jeden do Gniazda, podchodzimy do ataku. Proszę o zgodę na otwarcie ognia.
– Gniazdo do Łowcy Jeden, zgoda na otwarcie ognia, powtarzam, zgoda na otwarcie ognia – natychmiast odpowiedział pułkownik.
– Zrozumiałem, zgoda na otwarcie ognia – potwierdził pilot i po chwili na mapie, której skala zmniejszyła się, aby objąć swoim zasięgiem jedynie konwój i nadlatujące odrzutowce, pojawiły się dwa dodatkowe punkty, szybko zmierzające w kierunku samochodów.
Niecałe osiem kilometrów, jakie dzieliły myśliwce od konwoju, rakiety przebyły w dwie i pół sekundy. Pierwsza uderzyła w pojazd na przedzie grupy, wysyłając trzytonowego SUV-a w powietrze.
Drugi, jadący w niewielkiej odległości samochód przeleciał przez słup ognia, po czym gwałtownie skręcił, czego jednak zawieszenie wozu nie skompensowało i pojazd zaczął koziołkować po drodze. Trzeci i czwarty samochód sprawnie ominęły miejsce uderzenia rakiety, co przy prędkościach, z jakimi się poruszały, nie było raczej zasługą kierowców, ale systemu komputerowego, w który wyposażone były wozy. Dla Alyi stanowiło to kolejny element, który świadczył o słabym przygotowaniu wywiadowczym ze strony Amanu. Przypuszczenia o niestandardowym wyposażeniu konwoju potwierdziły się zresztą sekundę później, gdy dach ostatniego pojazdu, długiego pickupa marki Mercedes o sześciu kołach, otworzył się, a ze środka wystrzelił pióropusz jasnych flar, które zmyliły drugi lecący pocisk.
– Dwa cele wyeliminowane, pozostałe trzy nienaruszone, wykonujemy drugie podejście – zameldował przez głośnik dowódca pary samolotów.
Alya w milczeniu obserwowała sytuację. Najbardziej zastanawiało ją, dlaczego obrona przeciwlotnicza jeszcze nie zadziałała. Przecież fakt, że maszyny walki elektronicznej znajdowały się w powietrzu, nie oznaczał blokady, a jedynie ogłupienie radarów czy systemów naprowadzania rakiet poprzez generowanie dużej ilości celów pozornych. Efektem takiego działania powinna być wręcz nadaktywność wyrzutni rakiet ziemia–powietrze, które wysyłałyby pociski w kierunku wyimaginowanych, stworzonych przez komputer celów.
Nie działo się jednak nic, tak jakby obrona przeciwlotnicza nie istniała. A nie mogło to być prawdą, w szczególności w bezpośredniej odległości od granicy morskiej i tej z Pakistanem.
Obraz z kamery satelity cały czas pokazywał to, co pozostało z konwoju. Pojazdy wyraźnie zwiększyły odległości od siebie, aby w przypadku trafienia któregokolwiek inne miały czas na odpowiednią reakcję. Wjechały już w wąwóz pomiędzy górami, co znacząco utrudniło zadanie samolotom. W pewnym momencie obraz się oddalił, pokazując myśliwce podchodzące do ataku frontalnego. Leciały niemal jeden za drugim, w odległości jakichś siedmiuset metrów, najwyraźniej z zamiarem użycia broni pokładowej lub pocisków niekierowanych, a nie rakiet manewrujących, jak w pierwszym podejściu.
Gdy pierwszy samolot zbliżył się na odległość niecałych ośmiuset metrów do jadącego teraz w szyku ochronnym konwoju, spod maszyny oderwały się dwa niewielkie cygara, które natychmiast po aktywacji silników pomknęły w stronę samochodów. W tej sytuacji dwa pierwsze wozy nie miały już najmniejszej szansy – każdy z nich otrzymał bezpośrednie trafienie, zamieniające pojazdy w dwie pędzące kule ognia.
Samolot, który wystrzelił rakiety, gwałtownie poderwał się do góry, schodząc z linii strzału swojemu skrzydłowemu. Drugi z myśliwców w tym momencie był już zdecydowanie bliżej ostatniego z pojazdów, toteż otworzył ogień z wysuniętego z kadłuba czterolufowego działka GAU-22/A. Strumień wyrzucanych z prędkością ponad czterech tysięcy na minutę pocisków o kalibrze dwudziestu pięciu milimetrów przeciął samochód na pół. Samolot przemknął nad rozpadającym się wrakiem i zaczął wspinać się w górę.
– Cele wyeliminowane. Rozpoczynam sprzątanie – beznamiętnym głosem zameldował dowódca eskadry.
Alya zaskoczona spojrzała na Tsurreyę, ten jednak był zaaferowany akcją rozgrywającą się na holoekranie. Chwilę później sama mogła zobaczyć, czym owe porządki są.
Samoloty wykonały kolejny nawrót i tym razem skorzystały z niekierowanych bomb zapalających, które zrzuciły na wszystkie zniszczone pojazdy. Dziewczyna domyśliła się, że była to część planu, w ramach której jego twórcy nie tylko mogli upewnić się, że eliminacja celów była efektywna, ale również zatrzeć wszelkie ślady co do zastosowanej broni.
– Operacja zakończona, wracamy do bazy – zameldował pilot, po czym samoloty ponownie obniżyły pułap do kilkuset metrów i popędziły na włączonych dopalaczach w kierunku wybrzeża.