Obejrzałem "Zdrowaśkę", lub jak kto woli "Hail Mary".
Bardzo czekałem na ten film, książkę Andy Weira pod tym samym tytułem uważam bowiem za jedną z lepszych scifi jakie czytałem. Podobnie postrzegałem Marsjanina, podczas gdy "środkowa" powieść, "Artemis" mnie nie porwała (do tego stopnia, że nie dosłuchałem audiobooka, a to mi się stosunkowo rzadko zdarza). Niemniej jednak Marsjanin jak i Hail Mary to dla mnie prawdziwe perełki - może nie arcydzieła na miarę Lema czy Dukaja, ale nadal rewelacyjne książki.
Jak jednak jest z filmem? Czy to nowy Interstellar jak niektórzy go nazywają?
No cóż... Interstellar może i nie, ale jedna z najlepszych ekranizacji bardzo trudnej do przeniesienia na srebrny ekran książki. Jestem pod wielkim wrażeniem dla scenarzystów, reżyserów i całej reszty twórców tego filmu (z tego co wiem "nadzorowanych" przez Weira w trakcie całej produkcji, co z pewnością wyszło jej na dobre), jak udało im się przenieść tę historię nie niszcząc jej podobnie jak chociażby miało to miejsce z "Inferno" Dana Browna, gdzie zmieniono końcówkę na dużo bardziej holyłódzką niszcząc jednocześnie chyba największego twista w tej historii. I tak, w Zdrowaśce końcówka też jest... dyskusyjna - ale taka też jest w samej książce - czyli końcówka zawodzi tak samo na srebrnym ekranie, jak i na papierze.
Niemniej jednak cała reszta - naprawdę, trudno mi wyjść z podziwu nad tym, jak można zgrabnie pociąć wątki, które w formie pisanej są dobre, ale w ekranizacji by spowodowały kosmiczne (nomen-omen) dłużyzny i całkowicie zabiły dynamikę akcji. Bo jak pokazać rozkminki głównego bohatera nad tym, czy jest w kosmosie, czy w wirówce, albo efektownie (bo tak ma być jednak w kinie) pokazać przeliczanie pomiędzy systemem szóstkowym a dziesiętnym? Dlatego według mnie filmowi można odpuścić uproszczenia takie jak chociażby fakt, że Rocky rozumie Grace'a, a w drugą stronę Grace musi korzystać z komputerowego tłumacza mówiącego głosem Hawkinga. Choć też nie zawsze - ale nie będę wracał do mało fortunnej końcówki...
Czy oznacza to jednak że wszystko się udało? Chyba nigdy tak nie jest, że dokładnie wszystko się udaje... Pomijamy końcówkę, bo jak wspominałem, jest ona zgodna z książką (ale jak widzicie wspominam o niej często, bo tak mi jej szkoda). Wad według mnie jest naprawdę niewiele. Do tego większość z nich wynika właśnie ze skrócenia fabuły pod kątem filmu.
Zaczynając od samej konstrukcji - na ekran nie udało się niestety przenieść sposobu jak Weir rozdzielił wydarzenia obecne (dziejące się na tytułowym statku), a odzyskiwanie wspomnień. W powieści budowało to zdecydowanie lepiej napięcie, w filmie nie dość, że nie było żadnych "early warning", że mamy retrospekcję, to jeszcze do tego zgubiły one sporo z powiązania logicznego. Ja to rozumiałem, bo znałem książkę, ale nie wiem jak w przypadku osób, które książki nie znały.
Dalej mamy kilka jedynie zaznaczonych elementów, które w książce są rozwinięte, a tutaj pojawiają się tylko za pomocą jednego zdania. Do nich należą chociażby kwestia pilnowania się podczas snu (którą według mnie można byłoby w filmie usunąć bez straty dla fabuły), stwierdzenie głównego bohatera o tym, że Rocky nie zna fizyki relatywistycznej (co znowu, w książce jest rozwinięte i ma zarówno sens jak uzasadnienie fabularne, dla którego on na to zwraca uwagę - w filmie nie ma to najmniejszego znaczenia) czy też czas przelotu na Ziemię. Tutaj zresztą zatrzymam się na chwilę, bo to jest najbardziej widoczny element, który nieco obniża wartość dla widza, który z jednej strony ma jakiekolwiek pojęcie o fizyce, a z drugiej nie czytał książki.
Na początku filmu jest bowiem napisane, że odległość, jaką ma przebyć Hail Mary to ponad 11 lat świetlnych. Następnie jednak pod koniec Grace wylicza, że podróż powrotna zajmie mu nieco ponad 3 lata... No i na pierwszy rzut oka zonk - bo to by oznaczało przecież, że statek ma przebić nieprzebijalną granicę prędkości światła (i to ponad dwukrotnie), przy czym nie ma tutaj mowy o jakichkolwiek wormhole'ach czy kompletnie alternatywnej metodzie podróżowania rodem ze Star Treka czy Gwiezdnych Wojnów.
Czyżby w takim razie freak taki jak Weird to przeoczył? No nie - zdecydowanie nie, a na filmie jest to poniekąd pokazane, choć w niebezpośredni i (znowu) trudny do odgadnięcia dla osoby bez znajomości książki sposób. Otóż Grace podaje czas lotu na podstawie czasu pokładowego - uwzględniający dylatację czasową. Statek z punktu widzenia Ziemi leci w jedną stronę niemal 13 lat, poruszając się z użyciem tzw. brachistochrony, czyli lotu w którym do połowy przyśpieszamy, a od połowy zwalniamy. Jednocześnie jednak, dzięki osiągnięciu w punkcie maksymalnym prędkości wynoszącej 92% prędkości światła, dylatacja czasowa powoduje, że na dla Grace'a mijają tylko niespełna 4 lata. A jak to jest pokazane? Wbrew pozorom to, że nasz główny bohater się (prawie) nie starzeje, podczas gdy pokazana na końcu bohaterka drugoplanowa ma zdecydowanie więcej siwych włosów to właśnie efekt tego, że dla pilota, naukowca i dowódcy wyprawy w jednym minęło zaledwie niespełna 7 lat, podczas gdy dla jego szefowej z Ziemi - niemal ćwierć dekady.
Dlaczego jednak statek podróżował z prędkością 0.92c a nie szybciej? Tu znowu należałoby sięgnąć do książki, aby docenić poziom researchu Weira. Otóż przyjął on założenie stałego przyśpieszenia nie przekraczającego 1.5G, aby (zanadto) nie uszkodzić białka na pokładzie. Do tego przeprowadził pełne obliczenia w zakresie wydajności energetycznej paliwa w postaci wymyślonych przez siebie astrofagów i na ich podstawie doszedł, że zwiększenie przyśpieszenia dla 100-tonowego statku powyżej 1.5G wymagałoby wzrostu ilości paliwa w sposób wykładniczy.
Innymi słowy Autor wyliczył w sposób czysto naukowy co będzie "złotym środkiem" dla dotarcia do Tau Ceti w rozsądnym czasie pokładowym wykorzystując ilość paliwa, która technicznie byłaby możliwa do zabrania na pokład. Majstersztyk researchu, niestety nie pokazany w filmie - a na to uważam warto byłoby poświęcić kilkanaście sekund "czasu antenowego", nawet poświęcając kwestię "pilnowania się podczas snu". Przy czym to drugie w książce również ma sens - jest ładnie uzasadnione kwestiami ewolucyjnymi w środowisku, z którego wywodzi się Rocky (nie wspominając już o uzasadnieniu wyglądu i "sposobu działania" Rocky'ego związanymi z panującymi na 40 Eridani Ab warunkami - ekstremalne ciśnienie, wysoka temperatura, ciemność czy 2.1G grawitacji). Niestety, w filmie ten motyw mocno zinfantylizowano, a szkoda.
Zresztą infantylizacja Rocky'ego to był jeden z elementów, które chyba najbardziej mi przeszkadzały w odbiorze. Podczas gdy bowiem Ryan Gosling w mojej ocenie jak najbardziej sprawdził się w roli ciekawego charakterologicznie nerda, którego wysłano w kosmos aby uratował świat, tak sprowadzenie Rocky'ego do poziomu maskotki w stylu Baby Yoda było mocno nie fair. Ale cóż - może tego jednak wymaga format filmowy - aby być bardziej infantylnym i łzawym, ale bazując na bardzo "niskich" narzędziach budujących tą atmosferę. Choć do mnie to nie przemawia i powoduje budzi nie najlepsze skojarzenia z Grawitacją i nadmiernie dramatyczną, a przy tym kompletnie nierealistyczną śmiercią portretowanego przez Clooneya komandora podporucznika Matta Kowalsky'ego.
Czy jednak powyższe powodują, że Hail Mary jest złe lub przeciętne? W mojej ocenie zdecydowanie nie. Pozwolę sobie powtórzyć jeszcze raz - to jest nie tylko dobry film, ale przede wszystkim mistrzowska wręcz adaptacja bardzo trudnej do zekranizowania powieści napisanej przez nerda i w pełni rozumianej wyłącznie przez nerdów. Dlatego chylę czoła przed twórcami i z czystym sumieniem mogę polecić dla każdego, kto lubi porządną fantastykę, w szczególności dla fanów Marsjanina - zarówno w wersji książkowej (naturalnie lepszej od filmy) jak i złożonej z ruchomych obrazków. A wszystkim, którym spodobał się film choć trochę, a nie sięgnęli jeszcze po literkowy pierwowzór, zdecydowanie polecam przeczytanie powieści. Ilość kwestii, które staną się zdecydowanie jaśniejsze, jak i możliwość głębszego zrozumienia sensu powieści jest więcej niż warte spędzenia 8-10 godzin na ponad 500 stronach (lub 17 i pół godziny jeśli przeczyta go dla Was rewelacyjny Filip Kosior).